Gdy w czasie słoty
wicher i grzmoty,
słońce nie świeci,
deszcz jakby z rynny
to w domu dzieci
siedzieć powinny,
lecz Grześ inaczej
tę rzecz tłumaczy.
Mamy nie pyta,
parasol chwyta
i w deszcz po dworze
zmyka jak może,
a wiatr powiewa
aż zgina drzewa,
w parasol dyma.
Grześ mocno trzyma
więc go do góry
niesie pod chmury.
Grześ z parasolem
leci nad polem,
już o obłoki
zbił sobie boki,
czapka rogata
nad nim ulata
już ich wysoko
nie dojrzy oko
Grześ w górze znika,
nie ma psotnika.
Nazajutrz rano
wszędzie szukano,
trudno rzec śmiało,
co się z nim stało,
bo kara Boża
tam gdzie swawola
nie ma Grzegorza
ni parasola.
Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd idziemy
przecież my wiemy, że nie bardzo pasujemy
do takich pytań i do braku odpowiedzi
sąsiedzi słońca, ziemi, nieba, wody sąsiedzi
tak nas zostawił na kształt znaku zapytania,
ten co przyjechał i nie pytał lecz się kłaniał,
tak układamy ręce jak nam kiedyś on ułożył,
który tu z nami w słońcu wiele szczęścia dożył
tu było wiele spraw, tysiące, taka moc,
że przegadany dzień nie starczy ani noc
a jak zamilczeć w słońcu, do księżyca grać,
i robić to po prostu, na co nas nie stać
nauczył nas ten malarz, który odkrył nam
jaki nas bawi kształtów, błysków wielki kram
wypełnić nimi można wiele pustych scen
gdzie nie ma słów, a wisi tylko barwny len
wśród pustych krzeseł i portretów białych dam
uderza w ściany mocne serce nasz tam-tam
wstawcie go w ramy, w których zimna cisza lśni
niech go zobaczy tamten, ten i ty i ty
pozwoli przyjrzeć się jak się zachowujemy
skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd idziemy
skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd idziemy
skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd idziemy
tu było wiele spraw, tysiące, taka moc,
że przegadany dzień nie starczy ani noc,
a jak zamilczeć w słońcu, do księżyca grać
i robić to po prostu na co nas nie stać.
skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd idziemy
skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd idziemy...